piątek, 21 sierpnia 2015

One Schot nr. 3 nie mam tytułu. przepraszam ;-)






-Czemu ja nie potrafię bez niego żyć?!-jego brązowe oczy pokryła mgiełka,a następne łzy zaczęły lać się po policzkach.
-Nie jestem ci potrzebny?-zrobiło mi się ciężko na płucach.Wstrzymałam oddech najdłużej jak tylko potrafiłam.Wypuściłam powietrze nadal zastanawiając się nad tym co mu odpowiedzieć.W końcu słowa zaczęły same wylewać się z ust.
-On jest moim tlenem.Ty możesz być azotem.Oboje jesteście mi bardzo potrzebni.Ale powietrze głównie składa się z tlenu.Rozumiesz?-otarł policzki rękawem swojej ulubionej,szarej bluzy.Spojrzał mi w oczy i podszedł bliżej.Chwycił najmocniej jak tylko potrafił za ręce i zaczął mówić:
-Nigdy ci go nie zastąpię,skarbie.Ale kocham cię i chce być z tobą.Wiem,że sama nie dałabyś rady.-Przytuliliśmy się do siebie.Próbowałam sobie przynajmniej wyobrazić,że jestem w ramionach Ella ,jednak wiedziałam jak wygląda rzeczywistość.
-Wyjeżdżam dzisiaj w nocy.-powiedziałam.
-Jak dzisiaj w nocy?!
-Chcę odpocząć.Pożegnać się z pewnymi miejscami.
-To ma ci pomóc w zapomnieniu o nim?Czy raczej jeszcze bardziej pogrążyć w tej waszej miłości?!
-Dosyć tego!-odepchnęłam go od siebie.Przypomniałam sobie jak Ell mówił mi każdego dnia,że jestem bardzo zależna od innych.
-Czego dosyć?!Jesteś moja!Od dłuższego czasu jesteś moja!Zrozum w końcu!To ja tobą rządzę!-nigdy nie widziałam go tak wściekłego.Z tamtego momentu pamiętam jedynie jak zaczął mnie całować.Odpychałam go.Uderzał mnie z całych sił.Talerze spadały ze stołu rozbijając się o płytki.Jego pięści okładały mnie coraz mocniej.Upadłam na ziemię,chciałam dosięgnąć miotły,a gdy już ją trzymałam poczułam otępiały ból z tyły głowy.Oczy zamknęły mi się i obudziłam się w sypialni przykuta do kaloryfera.Przez kilka dni siedziałam tam, dawał mi obiady.Pewnego dnia wyszedł do pracy.Nie dałam za wygraną.Gryzłam sznurki i przypadkowo spostrzegłam wystający,ostry kawałek spod dywanu.
-Mój pilniczek!-krzyknęłam z radością.Całe nadgarstki miałam we krwi.Kopałam w drzwi ,aż w końcu zamek pękł.Wybiegłam zabierając ze sobą jego całą forsę.Pobiegłam na pobliskie lotnisko.Lecąc całą drogę myślałam o tym co się ze mną stanie,gdy znowu zobaczę Ratliffa, gdy opowiem mu o tym,że już nawet Lucas mi nie pomógł w zapomnieniu o nim.Potem tylko wsiadłam do autobusu.Ten sam,którym jeździliśmy do miasta na basen.Pierwsze łzy polały się z oczu.Wysiadłam na moście,z którego zawsze do mnie dzwonił jak wracał o 9:00 z zajęć dodatkowych.Ściągnęłam czarne szpilki i po stopionym śniegu zaczęłam ile sił w nogach biec do niego.Krzyczałam z radości, płakałam ze wspomnień i powtarzałam sobie w myślach.-Szybciej!Szybciej!Biegnij szybciej!-stanęła przed nową bramą.Jeszcze 3 lata temu nie było jej tutaj.Jednak biały kolor domu i ciemny dach zostały.Spojrzała na okno w którym kiedyś znajdował się jego pokój.Poczuła się jak krwawiąca róża.Bez dłuższego zastanowienia otworzyła bramę i zadzwoniła tym samym dzwonkiem co wieki temu.W drzwiach stała posiwiała pani.
-Pani Emily?
-Rydel?!-stała nieruchomo,a ja tylko pusto się uśmiechałam.
-Czy on ma żonę?
-Delluś... minęły wieki od twoich ostatnich odwiedzin , czuję jakby wróciła moja zaginiona córka.
-Chcę widzieć Ellingtona...
-Mów do mnie mamo.
-Ale..
-Jesteś i zawsze byłaś moją najmłodszą córeczką,kochanie.Nawet jeśli już nie jesteś narzeczoną mojego syna.Od tamtego czasu wcale się nie zmienił..proszę,wejdź do środka,na zewnątrz jest bardzo zimno.
-Ja tylko na chwilę.Spytam od razu, czy jest w domu?
-W twoim ulubionym miejscu,wchodź.-serce zabiło szybciej,gdy przekroczyłam próg.Poczułam ciepło na nogach i przyjemny zapach pieczonych ciastek.
-Nadal lubi pani piec.
-Och,to moja pasja!-uśmiechnęła się do mnie.Nic nie odpowiedziałam.Chciałam zobaczyć tylko jego.
-Jest tam gdzie ci mówiłam.-zdjęłam czerwony płaszcz i przeglądnęłam się w starym,dużym lustrze.Wzięłam głęboki wdech i postawiłam pierwszy krok na schodach.Szłam wolno,przypominając sobie każdy raz w którym tędy przechodziłam...tylko razem z nim.Siedział przy oknie z gitarą i patrzył przed siebie.
-Hej.-zerwał się na równe nogi.
-Rydel?Co ty tu robisz?!
-Tylko cię kocham.To dlatego.
-Ryd...-patrzył na mnie,próbując wydusić z siebie coś więcej.-Wiesz,że mi i Olivi nie wyszło?
-Wiem.
-Kto ci powiedział?
-Czułam to.Zawsze czuję ciebie i tylko ciebie.
-Skończ.
-Ty czujesz coś do mnie?
-Nie miałem pojęcia,gdzie cię szukać w tym świecie...
-W San Diego.Kocham to miasto.
-Myślałem,że kochasz mnie
.-Oczywiście!-uśmiechnęliśmy się do siebie.Znowu słodkie łzy.
-Życzyłem ci łez szczęścia za ostatnim razem.Nie smutku.
-Te akurat są szczęściem.
-Zgadnij,który dzisiaj jest...
-Nie wiem.
-Jak to nie wiesz?-zaśmiał się.Spoważniał,gdy zobaczył jak na niego patrzę.-Coś się stało?-zapytał.
-Chciałabym ci opowiedzieć o tym ...ale później.
-Skoro chcesz.-odwrócił się na chwilę i nagle wbił mi palce w żebra.
-Auć!Przestań!To boli!-śmialiśmy się.Uczucie ,którego tak dawno nie czuła.Pełne szczęście.W pewnym momencie ujął moją dłoń i zabrał na rękach do przedpokoju.
-Gdzie idziemy?
-Zaraz.-Ubrałam się posłusznie.Całą drogę szliśmy za ręce.
-My trzymamy się za ręce.
-To naturalne.-odpowiedział.
-Jak to?-na to pytanie nie otrzymałam żadnej odpowiedzi.W końcu stanęliśmy w miejscu.
-Nie wiem jak ty,ale ja 20 marca 2010 roku pamiętam doskonale.Zbliżył się do mnie i pocałował.
-Kocham Cię.-powiedziałam
-Ja ciebie też.




Hej kwiatuszki!!!! Jestem! Już po badaniach więc będą opowiadania!! Za tydzień szkoła! NIEEEEE!!! Do której klasy idziecie? Ja do 2 technikum. Jak to szybko leci. co nie? Pod ostatnim postem były 2 komy i nie wiedziałam który wstawić :-( jutro będzie o Raurze ;-)  
Proszę wszystkich którzy czytają  yyy... to coś, bo One Schotem nie mogę tego nazwać, o komentowanie. To naprawdę motywuje :-)


PS. Co robicie w ostatnim tygodniu wakacji?  

PS2. Dedyk dla: Natalii Czuby :-)



niedziela, 9 sierpnia 2015

Nie to nie ONE SHOT :-(

DZISIAJ NASZA KOCHANA RYDEL MA URODZINY!!!!


WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO  DELLY!!!

                              Dziś, czyli 9 sierpnia nasza księżniczka kończy 22 lata!!!








PS. Następny ONE SHOT pojawi się 14 sierpnia. Niestety mam badania związane z praktykami do szkoły i nie dam rady wstawić. Więc czekajcie!! A i o kim chcecie bo mam o: raurze, rydellingtonie  i rikessie. Więc wybierajcie!! Do napisania !! 

czwartek, 6 sierpnia 2015

ONE SHOT 2 - Kto kocha bardziej, jest zawsze podległy i musi cierpieć.



Nie wiem od czego zacząć bo za początek można uznać koniec ale czy to wszystko było tego warte?


Poznałam go kilka lat temu, był dzieciakiem, młody, uparty, rozpieszczony chłopak, a co w tym najgorsze chłopak mojej najlepszej przyjaciółki, nienawidziłam go.
Przez niego straciłam ją. Laura  wszystkie swoje bóle przez niego wyżywała na mnie.
Potrafiła rano być bardzo miłą, kochaną osobą, gdzie wieczorem robiła z siebie frustratkę która atakowała mnie, choć tak naprawdę niczego nie byłam winna.
Nie mogłam uwierzyć, jak ona może być tak od niego uzależniona, była na jego każde zawołanie, robiła to co tylko mu się podobało, była jego niewolnica która tańczyła tak jak on zagrał.
Nasza przyjaźń rozpadła się... W sumie nawet tego nie żałuje. Jej traktowanie mnie było karygodne i jak wiadomo każdy ma swoje granice.
Przez rozstanie z nią, poznałam go. Chciał naprawić nasza znajomość, lecz jestem kobieta z zasadami i nie pozwoliłabym sobie na kontynuacje znajomości z osoba która mnie nie szanuje, kontakt z Laurą i nim mi się urwał..
Myślałam, że to koniec historii, lecz to dopiero początek naszego love story.
Razem z NIM trafiliśmy na studia i kontakt powrócił. Zaczęliśmy ze sobą rozmawiać, co raz częściej, co raz częściej, w końcu rozstali się z Laurą, he he rozstawali się 1000 razy, musiałam tego wszystkiego słuchać ale tak naprawdę co ja wyprawiałam? Podobał mi się. Miał bardzo męski głos, taki
onieśmielający, potrafił doprowadzić mnie do czerwoności, zawstydzić... Zaczęłam go traktować jak przyjaciela, spędzaliśmy ogrom czasu, wiedziałam ze jest okropny, jego brak szacunku do kobiet, zdrady, alkohol, przerażały mnie a jednak miałam do niego cholerne zaufanie bo mnie traktował jak księżniczkę, mówił że jestem jego siostrzyczką, to jakiś paradoks.
Wiele o nim myślałam, zastanawiałam się czy na pewno traktuje go jak przyjaciela? Był cholernym amantem, romantykiem, onieśmielał mnie... Wiedziałam, ze to żarty ale pragnęłam by stało się to prawdą. Wiedziałam o nim wszystko, zmienił się. Po stracie Laury, nie miał nikogo, pisał tylko ze mną ale byłam tylko jego przyjaciółką...
Przestał imprezować, podrywać kobiety, przy mnie był ideałem. Ale czy on może być ideałem? Człowiek który zdradzał swoją kobietę? Nie szanujący kobiet? W głowie tylko zabawa.. Wmawiałam sobie, ze tak, zmienił się.
Nadeszła noc, późna, spalam sobie, gdzie obudził mnie jego telefon, powiedział ze jest przed moim domem, żebym wyszła..
Był kompletnie pijany... Powiedział, ze upił się ze szczęścia bo się zakochał...
Byłam zdziwiona, serce było rozdarte ale cieszyłam się razem z nim, wspierałam go.
Okazało się, że zakochał się we mnie..
Jak mógł w cichej myszce która uroda nie grzeszy, która ma sporo kompleksów, która nigdy nikomu nie okazała uczuć, nie to nie prawda. On jest pijany...
Przenocowałam go u brata w pokoju.. Rano już go nie było, zostawił po sobie kartkę z przeprosinami.
W mojej głowię pojawił się mętlik. Jak mogę? Jak on może?
Czy to dzieje się naprawdę?
Tak... Wiedziałam że muszę mu odmówić ale z drugiej strony, zależy mi na tym facecie tak strasznie.. Ale ja nie mogę.. Wiem jaki jest dla swoich kobiet, nie nigdy ale w głowie, kochasz go.
Jak mogłam do tego dopuścić? To nie miało się wydarzyć. Ale to wszystko co złe robił, tak cholernie mnie do niego przyciągało..
Był dla mnie tlenem ale odmówiłam mu, powiedziałam ze nic z tego nie będzie...
Płakałam każdej nocy nie wychodziłam  z domu, zraniłam samą siebie, dzwonił lecz nie odbierałam, mijały dni a u mnie nic się nie zmieniało, tak cholernie go kocham a nic nie mogłam zrobić, jedynie wspominać wspólne chwile i tamtą noc..
Przełamałam się..
Postanowiłam dać mu szanse, niech robi ze mną co chce, chce być jego niewolnica, akceptuje go takim jaki jest..
Minął miesiąc, poprosiłam o spotkanie, zgodził się.
Powiedziałam mu o wszystkim, co czuje, jak go bardzo kocham, jak chce z nim być, że chce dać mu szanse...
Był w szoku.
Odmówił.
Byłam w szoku.
Umieram.
Zranił mnie.
Uczynił mnie kimś wyjątkowym. Powiedział, ze ma ze sobą problem i nigdy nie skrzywdziłby swojej siostrzyczki, że przeprasza, że chce być blisko mnie jak TEN przyjaciel..
Nie zgodziłam się.
Odeszłam z płaczem.
Jest 3:30 a ja nadal nie mogę dojść do siebie.
Nie będę jego przyjaciółką ani jego niewolnica.
Kocham go.
Ale zapomnę. Taka jest moja historia jestem  Courtney Eaton a zakochałam się w Rossie Lynchu. 







Hej kwiatuszki macie kolejną historie ta jest bardzo króciutka. Przepraszam za błędy ale pisze na szybko bo jadę nad jezioro. Mam nadzieje że się podobało. I to taka nowość bo pierwszy raz pisze o Courtney i Rossie.  Ale kibicuje im i mam nadzieje że są razem szczęśliwi.  






środa, 5 sierpnia 2015

ONE SHOT- Miłość to apogeum nienawiści.

Laura- zakompleksiona 18-latka. Utalentowana muzycznie. Brązowe włosy z blond końcówkami, czekoladowe oczy, długie rzęsy, pełne usta, zgrabna, średniego wzrostu. Wiecznie zamyślona, niewinna. Chłopcy potajemnie się w niej kichają, ale ona tego nie zauważa. Woli marzyć.
Ivan- przyjaciel Laury. Kocha się w niej. Zabawny, koleżeński, wyrozumiały.
Ross- dziwny 20-latek. Zadufany w sobie. Wysoki, umięśniony mężczyzna o blond włosach i czarnych jak węgiel oczach.

Jak co dzień zaspałam. Latałam z pokoju do pokoju. Umyć, pomalować, uczesać się. A no i ubrać. Wzięłam torbę i zeszyt z piosenkami, wybiegłam nieudolnie zakładając kurtkę i szalik. Dosłownie biegłam aby zdążyć na autobus. Na szczęście zdążyłam. Wsiadłam i ruszyliśmy. Mimo że ''zagrożenie'' w postaci spóźnienia minęło, cały czas się spieszyłam. Musiałam tyle rzeczy dziś ogarnąć. Przede wszystkim projekt.
Na drugiej przerwie pobiegłam do pani od muzyki.
-Lari!-zawołał znajomy mi głos-zaczekaj!-krzykną Ivan
-Iv... nie mam czasu.-krzyknęłam i pobiegłam dalej. Za to go lubię. Nie ważne że coś chce, zawsze rozumie że jak nie mam czasu to nie. Wpadłam do klasy muzycznej w której była nauczycielka. Pokazałam jej 2 piosenki. Ach tak, były to pomysły dla chóru, do którego należę, na pokaz talentów w naszej szkole. Chciałam iść do akademii muzycznej, więc muszę już o tym myśleć. Drugą piosenkę miałam trochę poprawić. Wyszłam z klasy i szybko poszłam na lekcje. Oczywiście musiałam się spóźnić. Bez słowa zajęłam swoje miejsce. Nauczyciel zmierzył mnie wzrokiem a ja go ignorowałam, bo moje myśli poszły innym kierunkiem. Ahhh... Tak jak zawsze... może to przez ten wiek... ale chciała bym się zakochać... spotkać księcia z bajki... Eh głupie marzenia. Mimowolnie się uśmiechnęłam.
-Laura do odpowiedzi- o Boże! Dlaczego ja!?-Zrób to zadanie- rozkazał. Spojrzałam ... no i jestem wkopana.
- Nie umiem.-powiedziałam ignorując jego nie zadowolenie.
-Niedostateczny- powiedział- siadaj.-jak bardzo można nienawidzić własnych uczniów? Wróciłam do ławki i zaczęłam coś bazgrać. Widziałam że Ivan mi się przygląda, ciekawe co chciał.
Nareszcie!! Koniec lekcji! Wyszłam z klasy i udałam się do domu.
-Laura!-zawołał po raz setny dzisiaj Ivan.-zaczekaj!
-Tak?
-Może wpadniesz dzisiaj?
-Nie będę miała czasu, muszę dokończyć piosenkę. Może jutro?
-To do jutra.-odwzajemnił uśmiech i czochrając mi włosy, puścił oczko i poszedł w swoją stronę. Po chwili autobus przyjechał. Wsiadłam i włożyłam w uszy słuchawki. Zanim się obejrzałam byłam na przystanku. Założyłam dłuży kaptur na głowę. Deszcz padał coraz mocniej. Szłam szybko aż na kogoś wpadłam. Z rąk wypadł mi telefon a za nim moje słuchawki.
-Jak chodzisz?!?!-krzyknął wściekły
-Przepraszam-powiedziałam patrząc mu w oczy. Uśmiechnął  się cwaniacko.
-Nie ma problemu...-zamruczał obejmując mnie-chyba wiem jak możesz mi to zrekąpęsować- Co?! Bezczelny!! Przecież to wcale nie była moja wina! I co on sobie myśli?! Nie dałam po sobie poznać że buzuje we mnie złość.
-Tak?-zapytałam. objęłam dłońmi jego przed ramie 
-Jestem dziś sam w domu- szepną i skiną głową z satysfakcją. Byłam coraz bliżej niego i gdy byłam wystarczająco blisko mocno kopnęłam go w krocze. Zawył z bólu i zgiął się w pół łapiąc za ''klejnoty''. 
-Nie musisz dziękować- puściłam mu causa i ignorując go ruszyłam przed siebie.
-Pożałujesz tego- krzyknął lekko piskliwym głosem. Oduczy się braku szacunku. Dotarłam do domu. Zjadłam i od razu wzięłam się za poprawianie piosenki. Po skończeniu udałam się na duł po wodę. 
-No na reszcie! Ile czasu można cię wołać!-powiedziała mama. Wyglądało że to już kolacja. Spojrzałam na zegarek była 23:43?!?! 
-Nie słyszałam...
-Siadaj i jedz- powiedziała. Wzięłam kęs.
-Mmmm... jakie dobre.- Zjadłam, poszłam się wykąpać i padłam na łóżko. Obudziłam się o 5:46. Postanowiłam że wstanę i pójdę pod prysznic. Wyszykowałam się i oczywiście na granicy spóźnienia wybiegłam z domu z piosenką w ręce. Wsiadłam w autobus. Gdy dojechaliśmy na miejsce wysiadłam i skierowałam się do szkoły. Niestety to nie mój dzień i wiatr porwał mi moją piosenkę. Pobiegłam w tamtym kierunku. Już chciałam ją podnieść,ale nie wiadomo skąd pojawił się kopnięty prze ze mnie wczoraj facet. Gapiłam się na zdeptaną przez niego kartkę. Chłopak podszedł do mnie i szepną na ucho.
-Nie musisz dziękować.-czułam się poniżona. On odszedł. Nie wiem ile tam stałam. 
-Laura?- oczywiście Ivan.- Co się stało?- Wtuliłam się w niego.- chyba nie chcesz iść do szkoły, co?
-Nie chcę.-poszliśmy do niego zrywając się z lekcji. 
-To powiesz co się stało?- zapytał podając mi gorącą czekoladę. Opowiedziałam mu co się stało wczoraj i co ten chłopak zrobił dziś. Rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Nagle ni z tego ni z owego powiedział że jestem ładna.
-Brałeś coś be ze mnie?
-Na prawdę uważam że jesteś ładna.- uśmiechną się i nagle... impuls. zaczęliśmy się całować. Popchną mnie na łóżko. Było mi przyjemnie ale nie czułam nic więcej. Chciałam poczuć motylki. Odepchnęłam go.
-Przepraszam...-szepną. 
-Nie...nie to ja...- byłam zdezorientowana. Wzięłam swoje rzeczy i wyszłam. Szłam nagle do usłyszałam
-Ej...Czekaj!!-krzykną kierowca. Taaaaa...
-Mało ci?- zapytałam ciągle zła za moją piosenkę.
-Ale sama przyznasz że miałem swój powód a raczej dwa. 
-Super- odrzuciłam z ironią.
-Ross. A ty?
-Laura- sama nie wiem po co mu to powiedziałam.
-Laura...Podwieźć cię?- byłam w szoku.
Eeeee.... Nie dzięki.
-Ej na tych obcasach daleko nie zajdziesz.
Naprawdę? To patrz.- podniosłam dumnie głowę. Zaśmiał się.
-To prawie 7 km, a ja jadę w tę stronę.
-Co kombinujesz?     
-Nic nie kombinuje...- uśmiechną się jakby milej. Ruszyłam w jego stronę z zawahaniem. Otworzył mi drzwi. Wsiadłam a on ruszył. Bacznie mu się przyjrzałam.
-No co?
-Nic- odparłam i odwróciłam głowę patrząc przed siebie. Dojechaliśmy pod mój dom. Spróbowałam  otworzyć drzwi. Były zamknięte.
-No dobra rozbieraj się.- sięgną do swoich spodni. Przeraziłam się. Po chwili nie wytrzymał i...... zaczął się śmiać.-Żartowałem.- śmiał się. Otworzył mi drzwi. 

Następne tygodnie mijały mi normalnie. Często spotykałam Rossa. Za każdym razem się kłóciliśmy. Pewnej soboty mama zapytała się mnie czy nie idę z nią  na pogrzeb jej znajomego z pracy. Nie chciałam iść ale też nie chciałam jej opuszczać w takiej chwili. 
Będąc już na miejscu usiadłam dość daleko od trumny. Jaki był mój szok gdy zobaczyłam w pierwszej ławce...Rossa!!
-Mamo kto to jest? 
-To syn Marka, Ross.- Zrobiło mi się żal Rossa i jego rodziny. Na cmentarzu gdy już zakopali trumnę i została garstka osób: 
-Choć już...-szepnęła zapłakana mama.
-Idź... zaraz przyjdę- podeszłam do stojącego nad grobem Rossa.
-Przepraszam...-Odwrócił się i przytulił do mnie wybuchając płaczem. Objęłam go. Wracając do domu nie odzywałam się, myślałam o tej sytuacji. 
-Wiesz... Mark kiedyś mówił że nasze dzieci będą piękną parą. 



PONIEDZIAŁEK 3 TYGODNIE PÓŹNIEJ:

Wszystko wróciło do normy, również moje kontakty z Rossem. Znów się kłóciliśmy  jak dawniej. Szłam właśnie do sklepu. Spadł śnieg. Miałam kaptur na głowie. Skręciłam i wpadłam na kogoś. 
-Co tym razem też moja wina?!!
-No nie może moja?!!  -rzucił kpiąco
-Weź sobie okulary kup może co?!!
-To może jaśnie Pani kupi sobie kurtkę z mniejszym kapturem?!!!-dotknął go dłonią 
-Weź się idioto!!!
-No chyba ty idiotko!!
-Odwalisz się w końcu ode mnie?!!
-Bardzo chętnie!! To przestań na mnie wpadać!!
-To ty na mnie wpadłeś!!
-Nie?!?!
-Tak?!?!-i w tedy nie wiem jak to się stało. Rzuciliśmy się na siebie w namiętnym pocałunku. Przeszedł mnie dreszcz. Motylki w brzuchu i to ciepło bijące do niego. Zupełnie coś nowego. Jego wargi były takie słodkie. Wplotłam palce w jego blond włosy.
-Kocham Cię-szepną.
-A ja Ciebie.- i znów wpiliśmy się w swoje usta. Zadziwiające jak w ciągu sekundy można przejść z nienawiści do miłości. 



                                                                  KONIEC.